Wysokość odszkodowania wyrządzonego przez nienależyte wykonanie umowy o roboty budowlane – podejście angielskie i polskie
W prawie angielskim od ponad stu lat obowiązuje zasada, że wysokość odszkodowania za nienależyte wykonanie umowy o roboty budowlane ustala się na podstawie kosztów koniecznych do naprawy (cost to cure) (Mertens v Home Freeholds). Wyjątkiem jest sytuacja, gdy przyznanie kosztów naprawy byłoby nieracjonalne lub rażąco nieproporcjonalne do rzeczywistego interesu wierzyciela w uzyskaniu świadczenia zgodnego z umową (Ruxley Electronics v Forsyth).
Jest to właściwe rozwiązanie. Koszt naprawy budynku jest z reguły najczęściej najbardziej adekwatną miarą szkody poniesionej przez inwestora. Jeżeli np. wykonawca budynku wadliwie wykonał klimatyzację budynku, nie ma sensu wymaganie, by inwestor wykazywał różnicę między wartością budynku z wadliwą instalacją a wartością hipotetycznego budynku położonego w tym samym miejscu, w którym klimatyzacja działałaby poprawnie.
Pogląd, że koszty naprawy są miarą szkody, dominował też w orzecznictwie polskiego Sądu Najwyższego (np. II CNP 187/07, IV CSK 83/17, I CSK 695/17) i sądów powszechnych. Niedawno jednak SN w składzie siedmiu sędziów wydał uchwałę o następującej treści: Odszkodowanie za szkodę wynikłą z nienależytego wykonania zobowiązania z umowy o roboty budowlane nie może zostać ustalone jako równowartość kosztów usunięcia wad. (III CZP 25/25). Co Sąd dokładnie miał na myśli oraz jakie są granice tej tezy, dowiemy się dopiero z uzasadnienia. Zapewne trzeba będzie na nie poczekać co najmniej kilka miesięcy. Należy mieć nadzieję, że uzasadnienie nie będzie tak pokrętne jak postanowienie SN o przedstawieniu zagadnienia prawnego powiększonemu składowi, na które odpowiedzią jest ta teza (III CZP 44/24).
Co wynika z porównania orzecznictwa angielskiego i polskiego? Po pierwsze, sądy angielskie są pragmatyczne i zdroworozsądkowe, podczas gdy dla polskich sądów, a zwłaszcza dla SN praktyczne skutki orzeczeń są mniej ważne niż czystość zastosowanych konstrukcji prawnych. Sądy angielskie rozwiązują praktyczne problemy, a polskie mają tendencję do traktowania norm prawnych jako platońskich idei, które można poznać samym tylko rozumem, bez odwołania do empirii. Po drugie, orzeczenia sądów angielskich są dużo bardziej stabilne niż orzeczenia sądów polskich. Zasada z roku 1921 obowiązuje do dziś. Składy polskiego Sądu Najwyższego regularnie podważają orzeczenia innych składów, a Sąd Najwyższy dawno już przestał pełnić funkcję ujednolicania orzecznictwa sądów powszechnych. Nic więc dziwnego, że prawo angielskie jest najlepszym towarem eksportowym Wielkiej Brytanii, a prawo polskie jest źródłem stałych frustracji polskich prawników i nikomu z zagranicy nie udaje się go sprzedać.
Michał Kocur